„Co burzy spokój Szwajcarów?”

Istnieje przekonanie, że Szwajcaria to jeden z najspokojniejszych krajów na świecie. Czy na pewno? W jakim stopniu my – emigranci, jesteśmy w stanie być tu i teraz w pełnym rozumieniu tego kraju? Bez pełnej integracji z rodzimą społecznością i pełnej znajomości tutejszej kultury? I co najważniejsze, bez ciągłych porównań do naszych ojczyzn? Czy nasz spokój to także ich spokój?
Pamiętam pierwsze zdanie opisujące szwajcarów, które usłyszałam: szwajcarzy cenią spokój najbardziej na świecie.
I coś w tym jest. Po 22:00 nie można hałasować. A każde zakłócenie ciszy nocnej może skutkować wezwaniem policji. Historie o tym, że nie można spuszczać wody w toalecie czy brać prysznica po 22:00 nadal mnie bawią. Wydają mi się jednak dzisiaj bardziej prawdopodobne niż kiedyś. Zwłaszcza gdy czytam regulaminy budynków mieszkalnym (w niektórych prosi się na przykład o nierobienie prania i nie sprzątnie podczas Mittagpause- czyli tutejszej przerwy na lunch przypadających między godziną 12:00-13:00).
Wydaje mi się jednak, że spokój dla współczesnych Szwajcarów to dużo więcej niż cisza. To także potrzeba bezpieczeństwa. A na to Szwajcarzy zdają się mieć swój własny sposób – hermetyczność. Łatwiej jest bowiem zachować równowagę, gdy nikt z zewnątrz nam jej nie burzy.

My kontra Oni

Szwajcaria może politycznie jest państwem, ale praktycznie to zlepek wielu społeczności i kultur, z których każda mówi w odrębnym dialekcie. Zupełnie tak jakby Szwajcarzy stawiali sobie sami bariery komunikacyjne. Przyczyn tego stanu rzeczy należy szukać w historii. (Bardzo dużym skrócie Szwajcaria musiała przyjąć obecny kształt federacji, by bronić się przed najeźdźcami.)
Dziś w Szwajcarii oficjalnie mamy 4 języki urzędowe: niemiecki, francuski włoski i Rumantsch. Wielu emigrantów przyjeżdża jednak do Szwajcarii bez znajomości żadnego z nich. Ja nie stanowiłam wyjątku. Myślałam, że w tak szybko rozwijającym się kraju pełnym amerykańskich korporacji, język angielski zdecydowanie wystarczy. Do dziś nie wiem, skąd to przekonanie się wzięło. Być może z opowieści, że wszędzie można swobodnie porozumiewać się po angielsku.
W kantonie Zug, gdzie obecnie mieszkam, z tym angielskim bywa różnie. Jednak idzie przetrwać bez niemieckiego. W urzędach nie wszyscy pracownicy mówią lub chcą mówić po angielsku. Jednakże zawsze ktoś odeśle cię do takiej osoby, która mówi. Nie wszystkie przychodnie mają lekarzy, którzy przyjmują pacjentów anglojęzycznych. Przychodni lekarskich jest jednak pod dostatkiem i bez problemu można znaleźć lekarza rodzinnego mówiącego po angielsku. Pracownicy szpitala kantonalnego i pogotowia oraz policja kantonalna mówią biegle w języku sasów. I na tym chyba kończy się lista zawodów, w których język angielski jest obligatoryjny. Gdy spojrzysz na temat komunikacji z tej strony, nie dziwi fakt, że niektórzy emigranci nie podjęli próby nauki niemieckiego.
Tymczasem wg statystyk 11% populacji w kantonie Zug posługuje się wyłącznie językiem angielskim. Cudzoziemcy (bez prawa do stałego pobytu) stanowią zaś 28 % populacji całego kantonu. W odniesieniu do innych kantonów to najwyższy wskaźnik w skali kraju. [1]
Zatem przetrwać bez znajomości niemieckiego można. Czy jednak można w ten sposób zbudować relacje ze Szwajcarami?
Z mojego doświadczenia, jak i z doświadczenia znajomych wynika, że Szwajcarzy podejmują częściej próbę integracji z imigrantami którzy, chociaż starają się mówić po niemiecku. A jak próbują mówić w dialekcie obowiązującym w danym regionie to jeszcze lepiej.

Szwajcarzy hołubią swój język, tradycję, historię i kulturę. Nie mają jednak zwyczaju narzucać ich na siłę.

Oczywiście słyszy się opowieści jak to ciężko szwajcarskich sąsiadów zaprosić na grilla. Jeden z moich znajomych usłyszał kiedyś od sąsiada „możemy rozmawiać, ale przyjaźnić się nie będziemy”. No i na grilla nie przyszedł.
Słyszę opowieści jak to podczas lunchu firmowego rozmawia się w schweizerdeutsch aby wykluczyć z rozmowy tych którzy danego dialektu nie znają.
Słyszy się o zakazach rozmowy w firmach w swoim języku ojczystym, nawet jeśli pracuje się ze swoimi rodakami.
Fora internetowe huczą od opowieści cudzoziemców, którzy byli źle taktowani przez szwajcarskich pracodawców.O dyskryminacji w miejscu pracy z tytułu pochodzenia.
Z drugiej strony jednak docierają do mnie i te pozytywne historie np. o szwajcarach, którzy pomagają emigrantom w asymilacji poprzez codzienne lekcje języka oraz pomoc w załatwianiu spraw urzędowych. Sama mam koleżankę, która jest podopieczną takiego stowarzyszenia.
Nikt jednak nie zapuka do twoich drzwi oferując pomoc. Trzeba wykazać trochę własnej inicjatywy i poszukać.


Czy emigranci burzą szwajcarski spokój?

Temat przyjmowania emigrantów zdecydowanie dzieli Szwajcarów. Są tacy, którzy uważają, że tak zmienia się świat. Nie brakuje również głosów, że emigranci przyjeżdżają po socjal i odbierać pracę prawdziwym szwajcarom. Opowiadając się równocześnie za zaostrzeniem kryteriów przyznawania pozwoleń na pobyt stały w Szwajcarii.
Warto tutaj uściślić, że ten tak kolokwialnie zwany socjal nie jest łatwo dostać. Wielu emigrantów nie ma nawet do niego prawa. Ja np. aby dostaćpozwolenie na pobyt stały musiałam podpisać dokumenty, w których zobowiązałam się, że nie będę ubiegać się o zasiłek dla bezrobotnych. W ten sposób kanton zabezpiecza się w przypadku, kiedy nie będę mogła znaleźć pracy na terenie Szwajcarii w moim zawodzie. To bardzo czesto spotykany tutaj proceder. Nie ma też świadczeń typu 500+ przyznawanych wszystkim rodzicom bez wyjątku jak w Polsce. Jest za to zniżka podatkowa na dziecko lub dopłata (zależna od kantonu i twojego statusu materialnego). Przysługuje jednak tylko pracującym rodzicom.
A jeśli chodzi o pracę to historii jest tak wiele, jak ludzi w tym kraju. Nie dziwi mnie jednak fakt, że jeśli nie ma pracowników wykfalifikowanych w danym kraju to ściąga się ich z zagranicy. Wierzę oczywiście, że zawsze można się przekwalifikować i dostosować do oczekiwań, ale w granicach rozsądku. Przecież alpejski hodowca krów nie stanie się nagle menadżerem działu prognoz rynkowych międzynarodowej korporacji finansowej. I wcale nie jest powiedziane, że w drugą stronę jest to bardziej prawdopodobne.
W kraju, w którym bezrobocie wynosi 2.6% [2] wcale nie brakuje osób, które są biedne lub są zagrożone ubóstwem Za ubóstwo w Szwajcarii uważa się dochód miesięczny mniejszy niż 3990 franków na czteroosobową rodzinę lub gdy osoba samotna ma dochód mniejszy niż 2260 franków [3]. Dla nas Polaków może się to wydać śmieszne, ale w kraju, w którym koszty życia są wysokie, a edukacja wyższa i służba zdrowia płatna, naprawdę trzeba zarabiać „odpowiednią kwotę” , aby zapewnić sobie i bliskim byt na przyzwoitym poziomie.
Z drugiej strony na ulicach miast takich jak Lugano, Genewa czy Zurych widać przepych. Można zaobserwować ludzi w drogich samochodach i odzieży od projektantów. Wszyscy cieszą się życiem w przerwie na lunch w najdroższych restauracjach. I to jest ta Szwajcaria znana większości. Głównie z telewizji. Czasami z opowieści.
Zapewne w kraju, w którym tyle bogactwa jest na wyciągnięcie ręki, wielu Szwajcarów odczuwa presję sukcesu. Nie jestem zaskoczona zatem tak dużym poparciem dla Prawicowej Szwajcarskiej Partii Ludowej (SVP), której antyimigracyjny program nam-emigrantom właśnie może wydawać się nieco kontrowersyjny.
Jak możemy przeczytać na stronie partii: większość przemocy domowej odbywa się w domach imigrantów, zwłaszcza muzułmańskich (tu pojawia się powołanie na statystyki policyjne). Szwajcarzy po 50 roku życia tracą pracę, bo zastępują ich tańsi, młodsi cudzoziemcy (tu nie ma powołania się na statystyki). Do tego po ulicach jeździ więcej samochodów, a w pociągach jest tłok. [2]
Ale pewnie nie zaprzątałabym sobie tym tematem głowy w kontekście spokoju, gdyby nie pewien bilbord wypatrzony nieopodal mojego domu.
SVP podczas tegorocznej kampanii wyborczej do parlamentu przedstawiła plakat, na którym robaki, reprezentujące przeciwników partii, zjadają jabłko oznaczone szwajcarskim krzyżem. Jednym z tych robaków jest Unia Europejska.
Pamiętam, że pomyślałam w tym momencie: bardzo wymowna kampania, budząca emocje. Soczyste, ładne BIO, ECO bez GMO, oczywiście Szwajcarskie jabłko, zżerane przez robaki, szkodniki, pasożyty. Ten obraz może budzić strach, a może nawet i obrzydzenie.
Czy tego boi się przeciętny Szwajcar? Właśnie tego, że ktoś inny uszczknie jego wspaniałej Szwajcarii i dla niego nic już nie zostanie? Czy to burzy jego spokój?
Kampania ta oczywiście odbiła się szerokim echem w mediach społecznościowych i była komentowana przez polityków innych partii. Zarzucano jej między innymi nawoływanie do nienawiści i propagandę porównywaną do tej obecnej w czasach nazistowskich.
I nie jest to po raz pierwszy, kiedy parta SVP sięga po kontrowersję w swojej kampanii. W 2007 r. na swoim plakacie przedstawiła białe owce, które wykopały czarne owce ze stada. [3] Sytuacja była podobna jak z tegorocznym „jabłkiem”. Ostatecznie bilbordy zdjęto po około 2 tygodniach ekspozycji. 
SVP cieszy się dużą popularnością wśród Szwajcarów. W latach 2015-2019 w radzie narodu Szwajcarii (czyli izbie niższej parlamentu) na 200 członków, 69 pochodziło właśnie z SVP. Żadna inna partia nie zyskała aż tylu miejsc w Radzie Narodowej. [4].
Co ciekawe nie znalazłam statystyk, które potwierdzałyby, że partię tę popierają wyłącznie mniej zamożni szwajcarzy. A taki wniosek może się nasuwać, gdy myliliśmy o emigracji w kategoriach ekonomicznych. Uważam, że jej program jest przekrojem obaw całego społeczeństwa.
Wszak rosnąca liczba emigrantów to więcej problemów niż tylko kolejki po „socjal” czy utraty pracy. To przede wszystkim mniejsze bezpieczeństwo. Mniejsza kontrola nad rosnącą grupą, która prędzej czy później będzie domagać się własnych praw. I myślę, że Szwajcarzy jako społeczeństwo konserwatywne nie jest na to gotowe.
Na pewno widmo zburzenia porządku, który tak długo budowali jest dziś przerażające. Bo wielu emigrantów może nie chcieć się dostosowywać do panujących tu zasad i reguł zwłaszcza tych niepisanych, umownych, społecznych, charakterystycznych dla danego regionu.
Pewnie nie wszyscy emigranci zostaną tu do emerytury. Nie zaczną ubiegać się o obywatelstwo. A w przypadku zamieszkania na stałe, ich dzieci nie dostaną obywatelstwa z automatu (takie jest prawo).My emigranci, pracujemy tu, płacimy podatki, w weekendy chodzimy w góry. Korzystamy ze szwajcarskiego spokoju w pełni. Trochę w odcięciu od trosk, które spędzają sen z powiek Szwajcarom.

[1] https://www.bfs.admin.ch/bfs/en/home/statistics/regional-statistics/regional-portraits-key-figures/cantons/zug.html

 [2] https://www.svp.ch/news/artikel/medienmitteilungen/sp-fdp-cvp-glp-bdp-und-gruene-wollen-eine-10-millionen-schweiz/

[3] https://www.swissinfo.ch/ger/politische-kampagne_der-apfel-der-konservativen-rechten-saet-zwietracht/45172880

[4] https://www.parlament.ch/de/organe/fraktionen

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *