Mediolan w 48 godzin – Subiektywny przewodnik po Mediolanie

Mediolan do tej pory kojarzył mi się z brudnymi, zalanymi turystami ulicami. Gwarem nie do zniesienia przy katedrze mediolańskiej Duomo. Oraz snobistycznym pasażem handlowym.
5 lat temu gdy przybyłam tu z grupą znajomych uważałam, że nie ma tu niczego interesującego poza „Ostatnią Wieczerzą” Leonarda da Vinci. Na ten kawałek ściany musieliśmy czekać w upale 2 godziny (jak to stwierdził kolega) i nikomu nie przyszło do głowy by zanurzyć się w centrum tego niezwykłego miasta, które jak się okazało po latach ma wiele do zaoferowania.

Jestem już w tym wieku, że nie bardzo kręcą mnie atrakcje turystyczne. Owszem cześć z nich jest warta zobaczenie ale tłum ludzi odstrasza mnie i nie pozwala doświadczać w pełni uroku miejsca.
Zwiedzać lubię po woli. W swoim tempie. Trochę bez planu. Albo kształtować plan w trakcie wycieczki. Lubię dać się ponieść chwili. Zobaczyć dokąd prowadzi alejka. Stwierdzić, że nie chce mi się gdzieś iść albo, że właśnie zachciało mi się iść gdzieś indziej.
Do Mediolanu przybywamy w pierwszy weekend po walentynkach. Prognoza pogody to 16 stopni ciepła na cały weekend i pełne słońce. Po zimnej Szwajcarii jest to zdecydowanie najważniejszy argument dla mnie aby odwiedzić stolicę europejskiej mody.
Przed wyjazdem czytałam trochę blogów aby dowiedzieć się gdzie najlepiej spać aby późniejsze zwiedzanie miasta nie było zbyt problematyczne od strony logistycznej. Okazuje się, ze wielu blogerów radziło aby wybrać okolice dworca głównego Milano Centrale. Tak też zrobiliśmy i nie zawiedliśmy się. Milano Centrale to najlepiej skomunikowany punkt Mediolanu. Stąd można dojechać wszędzie. Jeśli przybywasz samolotem stąd masz bezpośredni autobus na lotnisko. My przyjechaliśmy pociągiem. Zatem wybór hotelu blisko dworca miał tez inną zaletę. Nie musieliśmy przemieszczać się wieczorem metrem, taksówką lub chodzić ciemnymi, szemranymi uliczkami aby dostać się do hotelu.
Wybór hotelu nie okazał się łatwy. Ponieważ rezerwowaliśmy go w środę (wyjeżdżaliśmy w piątek) miałam wrażenie, że nic w okolicach dworca w dobrej cenie nie zostało. W końcu postanowiłam poszukać hostelu. I tak trafiliśmy na Ostello Bello Grande.
Przybywamy do niego ok 23:00 w piatek. Recepcja jest całodobowa. Po zmroku do hostelu nie można wejść bez karty. Co mnie- świra bezpieczeństwa w podróży, który naczytał się samych najgorszych rzeczy o rozbojach w Mediolanie, bardzo cieszy.


W lobby hostelu gwar. Pełno ludzi. Bekpakersi, miłośnicy mody( co widać po niecodzinnnych strojach), przedział wiekowy od 18 lat do 50 lat. Wszyscy rozmawiają po angielsku, francusku, hiszpańsku.
Przy recepcji wita nas uśmiechnięty włoch Claudio. Po szybkim bookingu i przekazaniu najważniejszych informacji podchodzi do nas jego kolega z pracy i pyta co nam podać jako welcome drink: wino, piwo?
Wow… bierzemy piwo i robimy mały tour po lobby. Wiemy na pewno, że za chwilę rzucamy plecaki w pokoju i definitywnie wracamy do lobby na samoistnie tworzącą się imprezę.
Dajemy się ponieść klimatowi hostelu. Po drugim kieliszku wina zaczynam marudzić, że coś bym zjadła. Niestety jest już za późno aby kuchnia zrobiła nam pizzę. Za rogiem podobno jest MCdonnald’s ale comon jesteśmy we Włoszech. Wtem wraca jak błyskawica wspomnienie, że Claudio mówił coś o kuchni na 6 piętrze i free food. W lekkim upojeniu alkoholowym potwierdzamy tę informację u barmana.
Chwilę później lądujemy na 6 piętrze. Wszystko się zgadza. Do dyspozycji jest cały regał z żywnością opisany jako free food. Znaleźliśmy cebulę i czosnek, oliwę z oliwek, sól, bazylię trochę chilli, przecier z pomidorów, makaron spaghetti i cukinię. To wystarczająco duża ilość składników aby przygotować kolację o 12:00 w nocy. Mamy też butelkę wina więc cokolwiek nie ugotuję, będzie dobrze.
W kuchniach hostelowych zwłaszcza gdy gotujesz coś co ładnie pachnie zawsze możesz liczyć na nowe znajomości. Tak też było i tym razem. Dosiadł się do nas Rosjanin, który podróżuje po Europie. Pogadaliśmy o życiu. Zjedliśmy makaron i przed 2 stwierdziliśmy, że dla ludzi w naszym wieku to najwyższy czas na spanie.

Dzień Pierwszy
W hostelu mieliśmy gwarantowane śniadanie. Odpadł nam zatem punkt poszukiwania jedzenia z samego rana więc od razu ruszyliśmy w stronę metra.
Warto kupić bilet 2 dniowy na komunikację. Kosztował ok 8 euro i taki bilet umożliwia przejazdy metrem, tramwajami i autobusami w obrębie całego miasta (informacja również z jakiegoś bloga).

1 przystanek Pirelli Hangar Bicocca
Zdecydowanie jedno z mniej turystycznych miejsc Mediolanu. Ale miłośnicy sztuki zwanej współczesną odnajdą tam spokój i szczęście. Ja zdecydowanie się do nich zaliczam.
Pirelli Hangar Bicocca to prowadzona przez fundację non-profit zajmującą się produkcją i promocją sztuki współczesnej, przestrzeń wystawiennicza. Powstała w 2004 roku. Dawniej mieściła się tu fabryka lokomotyw. Cały hangar ma 15 000 metrów kwadratowych. Jest to jedna z największych przylegających przestrzeni wystawienniczych w Europie. Wstęp do Pirelli Hangar Bicocca jest całkowicie bezpłatny.
W środku znajdują się trzy hale. Dwie z nich to wystawy tymczasowe. Jedna- ostatnia hala to wystawa stała zawierająca olbrzymią instalację Anselma Kiefer’a pod tytułem „The Seven Heavenly Places”, która znajduje się tam od otwarcia hangaru. Wystawa zawiera 5 dużych obrazów oraz wysokie wierze, które nadają całej hali post apokaliptycznego wydźwięk.
Miejsce niesamowite. Warte odwiedzenia.

Knstalację Anselma Kiefer’a pod tytułem „The Seven Heavenly Places”. fot. M.Panfil
Knstalację Anselma Kiefer’a pod tytułem „The Seven Heavenly Places”. fot. M.Panfil

2 przystanek – Isola
Isola to nowoczesna wyspa na mapie Mediolanu. Architektura modernistycznych szklanych wieżowców przeplata się z niewielkim śladem przeszłości w postaci kilku starych kamienic. To właśnie tam znajdują się 2 nowoczesne wieżowce – Bosco Verticale. Zimą nie wyglądają tak imponująco jak latem. Nie widać w pełni zieleni, która jest nieodłącznym elementem elewacji. W końcu Bosco Verticale to w dosłownym tłumaczeniu pionowy las. Wieżowce znajdują się w w dzielnicy Porta Nuova między ulicami Via Gaetano de Castillia i Via Federico Confalonieri, niedaleko stacji metra Isola lub stacji kolejki Garibaldi.
Na dwóch wieżowcach rośnie ok 900 drzew. Ich wysokość to 111 metrów i 76 metrów.
Bosco Verticale jest dziełem 3 włoskich architektów Stefano Boeri, Gianandrea Barreca, Giovanni La Varra, którzy za swój projekt dostali wiele nagród. W 2015 bosco Verticale został uznanym najlepszym wieżowcem na świecie wg. Council on Tall Buildings and Urban Habitat.
Dlaczego jaram się tymi budynkami?
Nie jestem architektonicznym freakiem choć lubię ładne przestrzenie. Chęć zobaczenia Bosco Verticale naszła mnie po obejrzeniu wystąpienia Natalii Hatalskiej. W swojej prezentacji podaje Bosco Verticale za przykład budownictwa przyszłości. Mediolan ma dość poważne problemy ze smogiem. Normy smogu w powietrzu przekraczane są średnio raz do roku (zwykle jesienią). Smog widoczny jest gołym okiem. Władze miasta okresowo wtedy zakazuj grillowania i czasowego wjazdu samochodami z silnikami spalinowmi na teren miasta. Budynki takie jak Bosco Verticale mają za zadanie oczyszczać powietrze. Zwłaszcza te płynące z zewnątrz do mieszkań. Mini las na balkonie ma nie tylko pochłaniać dwutlenek węgla ale również chronić mieszkańców przed wysokimi temperaturami.
Futurolodzy (zdaniem Hatalskiej) szacują, że budynków tego typu na świecie będzie przybywać bo jest to jedna z najprostszych metod walki z zanieczyszczeniem powietrza.

Bosco Verticale fot. M.Panfil
Bosco Verticale fot. M.Panfil

3 przystanek Dumo
Duomo St. Maria Nascente di Milano to zdecydowanie jeden z najbardziej turystycznych spotów na mapie Włoch. Zatrzymujemy się tu na kilka zdjęć i aby poszukać czegoś do zjedzenia w okolicy. Katedrę zwiedzaliśmy 5 lat temu ( a w zasadzie zwiedzał mój mąż bo mnie nie wpuszczono z tytułu za krótkiej spódnicy) więc nie będę poświęcać jej za wiele w tym tekście.
Duomo St. Maria Nascente di Milano należy do największych kościołów na świecie. Budowę obecnej świątyni rozpoczął w 1386 książę Gian Galeazzo Visconti. Zakończona została w epoce Napoleona. Jej budowa trwała ok 600 lat.

Duomo St. Maria Nascente di Milano fot. K.Panfil


Na placu przed katedrą gromadzi się w słoneczne, weekendowe popołudnia mnóstwo mieszkańców i turystów. Siadają na płycie placu, na schodach katedry, na monumencie tuz prze katedrą. Pełno tu ulicznych sprzedawców z selfie stickami, kwiatami, bransoletkami. Rodziny z dziećmi i instagramerki robią zdjęcia na tle katedry. Niedaleko znajduje się pasaż handlowy – Galeria Wiktora Emanuela II. Który jest jednym z najdroższych miejsc na shopping w Europie.

Wnętrze Galerii Wiktora Emanuela II. fot M.Panfil

Opuszczamy jednak to pełne blichtru miejsce i idziemy coś zjeść. Zgodnie z rekomendacją Trip Advisor docieramy do małej restauracji POMET by Pasquale Pometto przy Angolo Via torino Via Valpetrosa 1.
Na wstępie dostajemy lampkę prosecco i kawałek zapiekanego czegoś, co wygląda jak zapiekana kanapka składająca się z dwóch placków pizzy (trochę jak panini ale jednak smakuje inaczej). W środku jest mozzarella i szpinak. Bardzo dobre.
Dziewczyna z obsługi wyjaśnia nam, że to co jedliśmy na wstępie nazywa się Pomet.


POMET by Pasquale Pometto przy Angolo Via torino Via Valpetrosa 1.
fot.K.Panfil


Menu w restauracji jest krótkie i znajdują się w nim same pomety. Ja zdecydowałam się na taki wypełniony mozzarellą i pirre z ziemniaków z dodatkiem oliwy truflowej. Klimat tej małej knajpki jest fantastyczny. Sam kucharz i zapewne właściciel wychodzi co jakiś czas sprawdzić czy wszystko smakuje gościom. Obsłucha wygląda na zgrany team. Za każdym razem gdy pomet wychodzi z pieca kucharz używa do przywołania kelnera gumowego skrzeczącego kurczaka.


Przez cały nasz lunch serwowano nam darmowe shot’y. A to limonczello a to melonczello. Na koniec nasz rachunek wyniósł jedyne 35 euro za 2 wody, kawę i dwa pomety (shot’ów nie doliczono do rachunku – Pan z obsługi wyjaśnił ze to jest za free).
Nie mam pojęcia czy tak jest w tej restauracji każdego dnia, ale jeśli ktoś chce poczuć czym jest imprezowy klimat Mediolanu w środku dnia to zdecydowanie musi tam trafić.

4 przystanek Amrosiana
Ambrosiana czyli Biblioteka Ambrozjańska gdzie znajduje się innymi Kanon Muratoriego (najwcześniejszy katalog ksiąg Nowego Testamentu) i Kodeks Atlantycki Leonarda da Vinci. W obiekcie znajdują się duże zbiory sztuki sakralnej. Najciekawsza jest jednak sama biblioteka. Pomieszczenie jest dość ciemne (z uwagi na cenne rękopisy). Tu znajduje się wystawa rysunków Leonarda da Vinci z tzw Codex Atlanticus (kodeksu atalantyckiego) czyli (bardzo uproszczając) zbioru listów Leonarda z lat 1478–1519. Treść listów obejmuje wiele różnych przedmiotów, od lotnictwa po broń, instrumenty muzyczne i matematykę po botanikę. Fascynujące rysunki techniczne, które można podziwiać w podświetlanych gablotach zrobiły na mnie niesamowite wrażenie. Na samym końcu sali biblioteki można zobaczyć obraz Caravaggio’a pt. „Kosz z owocami”. Ciekawostką jest to, że martwa natura będąca tematem tegoż dzieła niebyła w czasach artysty najwdzięczniejszym tematem. Być może dlatego przypisuje mu się bogata symbolikę. Jedna z interpretacji mówi o nawiązaniu do księgi Amosa (księgi prorockiej starego testamentu) gdzie lud izraelski uosabia kosz dojrzałych owoców.


Ambrosiana fot. M.Panfil
fot. M.Panfil
Wnętrze Biblioteki Ambrozjańskiej fot. M.Panfil


5 przystanek San Maurizio al Monastero Maggiore
Ten mały, niepozorny kościółek został opisany w książce Dana Browna „Kod Leonarda Da Vinci”. Nie wiem czy przed publikacją książki był tak samo popularny wśród amerykańskich wycieczek ale teraz zdecydowanie jest.
Kościół San Maurizio al Monastero Maggiore stoi na miejscu dawnego miejsca kultu, najprawdopodobniej z okresu lombardzkiego, i przylega do klasztoru sióstr benedyktynek, największego i najstarszego klasztoru kobiecego w Mediolanie. Warto tu przyjść chociaż na chwilę aby zobaczyć jego okazałe wnętrze.


San Maurizio al Monastero Maggiore fot. M.Panfil

6 przystanek Navigli
Ta dzielnica powstała w oparciu o dwa kanały: Naviglio Grande i Pavese. które zostały zbudowane z zamiarem komunikowania miasta z morzem. To tędy dotarły łodzią chociażby kamienie do budowy Duomo. Przez wiele lat były używane do transportu towarów, ale obecnie są atrakcją turystyczną.
Uliczki w tej dzielnicy i typowo włoskie kamienice, które gęsto porastają kanały obfitują w liczne restauracje. To z nich dobiega gwar rozmów, zapach prosecco i dźwięk gitar ulicznych grajków.

Kanał Pavese. fot. M. Panfil

Navigli warto odwiedzić przy zachodzie słońca. Woda w kanałach wtedy pięknie odbija światło. Nic więc dziwnego, że w tych godzinach możemy spotkać tu tak wielu fotografujących. Ten dystrykt zdecydowanie ma swój klimat i trzeba go odwiedzić. Przybywając tutaj ma się wrażenie, że miejsca starczy dla każdego. Gdy brakuje go w restauracjach można zakupić piwo na ulicy z wózka malutniego lokalnego browaru. Ludzie siadają na murkach, krawężnikach i poręczach z zakupionym w restauracji winem. Rozmawiają, cieszą się promieniami zachodzącego słońca. Prawdziwe dolce vita.

Kanał Naviglio Grande. fot. M.Panfil

Dzień Drugi
Tego dnia nie mieliśmy wiele w planach. Dzień był ciepły i słoneczny dlatego w większości zamiast pokonywać dystans pod ziemią metrem decydowaliśmy się na spacer.
Spacer po Mediolanie ma w sobie coś magicznego. Włosi są narodem bardzo otwartym. Mimo kryzysu emigracyjnego i rosnącej przestępczości nie zatracili swojej normalności. 5 lat temu odwiedzając Mediolan miałam wrażenie chaosu. Tym razem wydawało się być dość bezpiecznie. W pobliżu duomo czy Navigli Grande co prawda można było spotkać wojsko i betonowe zapory które np. uniemożliwiają wjechanie ciężarówek w tłum. W metrze dość sporo policji. Policja i wojsko przechadzają się także często ulicami w pobliżu turystycznych miejsc.


Przystanek 1 – Castello Sforzescco
Powinnam pewnie napisać o wyjątkowych walorach kulturalnych i historycznych tego miejsca ale nie przypadło mi do gustu w ogóle. Idealnie to miejsce opisuje Wikipedia: „ceglany zamek w centrum Mediolanu, zbudowany w połowie XV wieku, na planie kwadratu z dziedzińcem w środku, otoczony murem (…) Posiada suchą fosę”.


Castello Sforzescco . fot. M.Panfil


Oczywiście w środku znajduje się imponująca liczba muzeów: Muzeum Sztuki Antycznej, Pinakoteka Castello Sforzesco- Galeria Obrazów (z Pietà Rondanini – ostatnim, nieukończonym dziełem Michała Anioła),Muzeum Sztuki Użytkowej, Muzeum Instrumentów Muzycznych, Muzeum Egipskie, Muzeum Prehistoryczne.
Więc jeżeli chcecie to wszystko zobaczyć to musicie uzbroić się w dużą ilość czasu i potężną dawkę cierpliwości, bo ilość wycieczek w weekend (nawet w lutym) jest niezliczona.


Uliczni grajkowie przed Castello Sforzescco. fot. M.Panfil

Przystanek 2 – MUDEC
Imponująca architektura tego muzeum sprawia, że chce się czasem fotografować bardziej jego wnętrza niż same wystawy. Niemniej jednak MUDEC ma sporo do zaoferowania.
Samo Muzeum powstało w latach 90., kiedy gmina Mediolan zakupiła dawną strefę przemysłową Ansaldo, aby przeznaczyć ją na działalność kulturalną. Opuszczone fabryki zostały przekształcone w laboratoria, studia i nowe przestrzenie twórcze.


Wnętrze MUDEC fot. K.Panfil


Wnętrze MUDEC fot. K.Panfil


Do oddalonego nieco od centrum muzeum MUDEC przyciąga nas wystawa Banksy’ego – A VISUAL PROTEST.
Na samym wstępnie do budynku wita nas spory tłum i ochroniarz uprzejmie informujący, że czas oczekiwania na zakup biletu na wystawę Banksy’ego to ok 1 godziny czasu. Tym samym grzecznie wskazuje nam koniec kolejki abyśmy przypadkiem się nie pomylili i nie stanęli np. w jej środku (były takie przypadki).
Kolejka jest 3 etapowa. Pierwszy etap zaczyna się przy drzwiach. Potem z obstawą ochrony tłum z kolejki wędruje do drugiego etapu (przy szafkach) gdzie cierpliwie dalej czeka. Następnie z eskortą udaje się przejść do 3 ostatniego już etapu czyli właściwej kolejki przy kasie. Problem z MUDEK jest taki, że wygląda na ulubione muzeum nie tylko wycieczek ale również mediolańczyków, którzy tłumnie przybywają tu zapewne w każda niedzielę po rodzinnym obiedzie lub po drodze do kościoła.
Dlatego moja rada brzmi – idź tam w środku tygodnia w godzinach pracy każdego szarego człowieka. Unikniesz kolejek.
W sumie w kolejce przestaliśmy 2 godziny. A tuż przed wejściem na wystawę Pani poinformowała nas, że nie możemy wnieść aparatu fotograficznego (mimo iż jej kolega powiedział wcześniej coś innego – „camera is ok, bag you must go to locker”). Co ciekawe wejście z telefonem i fotografowanie nim właśnie, nie jest wzbronione.
W końcu udaje nam się wejść. O dziwo mój maż jest zachwycony twórczością Banksy’ego. Mnie irytuje pchający się tłum, wrzeszczące dzieci i nie reagujący rodzice. W takim otoczeniu zaczynam się czuć jak w supermarkecie. Wystawa również jest komsumowana na szybko niczym fast food. Wystarczy chwila zadumy nad 1 plakatem by tłum przybrał zupełnie nowe twarze.
Mimo wszystko wystawę gorąco polecam. Tym bardziej, że sam artysta stał się jednym z najbardziej kultowych przedstawicieli street artu ostatnich lat.


Banksy – A VISUAL PROTEST . fot. K.Panfil
Banksy – A VISUAL PROTEST .
fot. K.Panfil

Banksy – A VISUAL PROTEST .
fot . K.Panfil

Przystanek 3 – Milano Centrale
Nasz dynamiczny a zarazem leniwy i trochę niepoukładany mediolański weekend dobiega końca. W tym miejscu – na dworcu mediolańskim żegnamy europejską stolicę mody, kultury i sztuki.
Jeśli jesteś miłośnikiem sztuki zostań tu tydzień bo dwa dni to zdecydowanie za mało. Jeśli chcesz zażyć nieco słońca w przedwiośniu, spróbować pysznego włoskiego jedzenia i szwendać się tam gdzie nogi cię poniosą to zdecydowanie polecam Mediolan chociaż na kilka godzin.

(Artykuł jest zbiorem subiektywnych doświadczeń i przemyśleń autorki, w żadnym wypadku nie należy brać go jako wyroczni, prawdy objawionej i przymusu odbycia dokładnie takiej samej trasy jak przedstawiona w powyższym tekście)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *